Szalony pomysł podróży Teslą na Lazurowe Wybrzeże

Szalony pomysł podróży Teslą na Lazurowe Wybrzeże

Autor: Jarek~5 min czytania

Czyli jak przestałem się bać i pokochałem przerwy na kawę co 300 kilometrów.


Słuchaj, nie będę owijać w bawełnę. Przed tą podróżą byłem sceptykiem. Takim normalnym, benzynowym sceptykiem — wiecie, takim co to patrzy na elektryka i mówi: „A jak mi padnie bateria na autostradzie?" No właśnie. Tylko że ja nie mam autostrady w głowie od dwóch lat. Mam Teslę Model 3 w wersji Standard Range — czyli z najmniejszą baterią w ofercie. Najmniejszą. Żeby było śmieszniej.

I pojechałem nią na Lazurowe Wybrzeże. Z Polski. W upale. Trzy dni.

I wiecie co? Było spoko.


Plan był prosty (jak każdy plan przed wyjazdem)

Trasa: Polska → Francja → Lazurowe Wybrzeże → z powrotem. Razem jakieś 4500+ kilometrów w obie strony. W głowie miałem kalkulator i mapę Superchargerów, a w sercu — lekki niepokój. Bo jednak Standard Range to nie jest wersja dla ludzi, którzy chcą jechać bez myślenia. To wersja dla ludzi, którzy lubią myśleć podczas jazdy.

Przystanki co około 300 kilometrów. Tyle realnie daje ta bateria przy autostradowej jeździe w klimie na full — bo było 39 stopni na zewnątrz i nie zamierzałem się topić we własnym pocie.


Siedemnaście sesji ładowania i ani jednego nerwowego epizodu

Tu mała statystyka, bo liczby robią wrażenie nawet na mnie:

  • 17 unikalnych lokalizacji Supercharger
  • 17 sesji ładowania
  • Średnie zużycie: 166,1 Wh/km
  • Łączne zużycie: 759,4 kWh
  • Czas jazdy: 2 dni i 10 godzin (całość trasy)

Ekran pokładowy Tesli z wykresem zużycia energii i podsumowaniem trasy: 166,1 Wh/km, 759,4 kWh, 4573 km, 2 dni 10 godz.

Każde ładowanie to było około 45 kWh, czyli jakieś 20 minut przy ładowarce. Dwadzieścia minut! To jest idealny czas na rozprostowanie nóg, kupienie kawy, skorzystanie z toalety i sprawdzenie telefonu bez poczucia winy. Nie musisz stać przy aucie jak strażnik więzienny — idziesz do budynku z napisem „LOUNGE", siadasz, pijesz espresso i po chwili wracasz do auta z baterią pełną do następnego etapu.

Stacja ładowania Tesla z wiatami fotowoltaicznymi i zaparkowanymi autami przy słupkach ładowarek

A Superchargery? Większość z nich stoi w miejscach, gdzie normalnie byś nie zatrzymał auta benzynowego na dłużej niż minutę. Ale tu stoisz dwadzieścia minut i nagle widzisz panele fotowoltaiczne na dachach wiat, czyste stanowiska, ciekawą architekturę wokół. To nie jest „stacja benzynowa". To jest coś innego. Coś przyjemniejszego niż zapach oleju silnikowego o szóstej rano.

Supercharger Tesla nr 74 sfotografowany pod niskim kątem na wybrukowanej strefie ładowania


Kwestia pieniędzy (bo wszyscy pytają)

Paliwo na trasie kosztowało około 2,2 euro za litr — jeśli ktoś lubi takie porównania. A ja? Ja ładowałem wieczorami i nocami, kiedy ceny na Superchargerach spadają do absurdalnie niskich poziomów. Serio — niektórzy ludzie płacą więcej za parking pod Biedronką niż ja za przejechanie trzystu kilometrów prądem o dwudziestej drugiej.

Nie będę tu robił skomplikowanej tabelki z kalkulatorem — bo każdy przypadek jest inny i każdy ma inne taryfy u siebie w domu albo inne preferencje ładowania. Ale fakt jest taki: przy tej trasie i tych warunkach rachunek był przyjemnie niski. Na tyle niski, że zacząłem się zastanawiać, czy to nie jest jakiś błąd w systemie rozliczeniowym Tesli. Nie był błąd. Po prostu tak działa wieczorne ładowanie na Superchargerach.


Trzydzieści dziewięć stopni i opcja „schłodź auto zanim wejdziesz"

To jest feature, który doceniasz dopiero kiedy masz za sobą trzy dni jazdy w upale powyżej trzydziestu stopni. Wsiadasz do auta i ono już jest chłodne. Nie musisz najpierw pięć minut wentylować wnętrza jak saunę na krupówkach w styczniu — tylko wchodzisz i jedziesz jak cywilizowany człowiek z XXI wieku.

Klimatyzacja miała robotę przez cały wyjazd — przy trzydziestu dziewięciu stopniach na zewnątrz bateria nie była tak hojna jak zwykle, stąd te przystanki co trzysta kilometrów zamiast co czterysta czy pięćset. Ale dawało radę. Spokojnie, bez stresu, bez kalkulowania „czy mi wystarczy do następnego miasta". Wystarczyło do następnego Superchargera — a to dokładnie to samo miasto co następny Supercharger, więc wszystko się spinało logicznie.


Co mnie zaskoczyło najbardziej?

Spokój tej podróży. Naprawdę. Siedziałem przed wyjazdem z tą wizją łez bezradności nad pustą baterią na niemieckiej autostradzie o trzeciej w nocy (klasyczny scenariusz z forów internetowych). A okazało się, że to jest po prostu... podróż z regularnymi przerwami na odpoczynek? Co jest właściwie zdrowe? Ludzie jeżdżą benzyniakami pięćset kilometrów bez przerwy i mają bóle kręgosłupa, a ja robiłem sobie co trzysta kilometrów kawę, spacer, rozprostowanie pleców i wracałem wypoczęty do auta? Kto tu jest głupszy?


Czy polecam komuś taką podróż elektrykiem?

Jeśli masz Tesla Model 3 Standard Range i chcesz jechać na Lazurowe Wybrzeże w lipcu — tak, polecam. Będzie trzeba planować przystanki co jakieś trzysta kilometrów, ale te przystanki są przyjemne, tanie i dają ci powód, żeby wysiąść z auta przed upływem czterech godzin bez ruchu (co lekarze chyba zalecają? albo powinni?).

Czy będzie to tak samo bezstresowe jak jazda dieslem co tysiąc kilometrów na jednym baku? Nie. Bądźmy naiwni, ale czy będzie gorsze? Nie. Będzie inne, spokojniejsze, tańsze i trochę bardziej cywilizowane. Bo dwadzieścia minut przerwy co trzysta kilometrów to nie jest kara. To jest pretekst, żeby żyć wolniej przez chwilę. A tego akurat nie da się przeliczyć na euro za kilowatogodzinę.

Jak Ci się czytało?
Zobacz zdjęcia (4)← Wszystkie artykuły